Koronawirus PAMIĘTNIK: Spokojny początek…

Oczywiście słyszeliśmy o koronawirusie, ale był on gdzieś tam – w Chinach. My mieliśmy inne plany.

Ponieważ w tym roku nie było u nas zimy, postanowiliśmy ostatnim rzutem na taśmę pojechać do Zakopanego. Gdy w niedzielę 8 marca 2020 dotarliśmy do hotelu, był on pełen ludzi.

Już wtedy stok był sztucznie naśnieżany, ale codziennie jeździłam na nartach a moja zaledwie 2-letnia córeczka nawet kilka razy zjechała z mniejszego wyciągu na Szymoszkowej 🙂

Jednak w hotelu z dnia na dzień było coraz mniej gości. Potem dowiedzieliśmy się o zamknięciu żłobka i innych placówek oświatowych i to było niepokojące.

Finalnie, pod koniec tygodnia, w obiekcie zostało może raptem ze 20 osób. Także samo miasto robiło dziwne wrażenie. Zatłoczone zazwyczaj Krupówki – teraz były niemal puste!

W końcu zaczęłam, się bać, że jeśli zachoruje ktoś w hotelu, to zostaniemy tam zamknięci na 2 tygodnie na kwarantannę. A przecież musiałam pracować i wrócić do domu!

Z Zakopanego wyjechaliśmy dopiero w sobotę (14.03) i na trasie widzieliśmy puste wioski i miasteczka. Po przyjeździe do miasta od razu zrobiliśmy zakupy w Lidlu. W sklepie trochę śmieszyli mnie ludzie w rękawiczkach. Tak było tak czasu, gdy usłyszałam, że jest to wymóg sieci. A z głośników puszczano komunikaty, by te rękawiczki zakładać.

Przez tydzień praktycznie byliśmy oderwani od rzeczywistości, krążąc między hotelem, a stokiem narciarskim. Teraz ciekawa byłam jak jest z dostępnością towarów. We wypomnianym sklepie przetrzebione były półki z kawą i herbatą, kaszą i ryżem oraz konserwami – poza tym wszystko dostępne.

Tymczasem kolejne dni dawały następne rządowe obostrzenia dotyczące powstrzymania koronawirusa. Ponieważ mieszkam w centrum miasta, ciekawym, czy też dziwnym widokiem okazały się banki. Bo zaczęły się tworzyć przed nimi spore kolejki. Tak samo apteki. Z kolei restauracje i kawiarnie – są albo zamknięte, albo bronią się oferując zakupy na wynos lub z dowozem.

My staramy się nie zwariować i raz dziennie, rano wychodzę z córeczką na spacer lub na pobliskie boisko. Dodatkowo biegam sama lub z wózkiem, choć towarzyszy temu dziwne wrażenie – biegaj, nim tego zabronią!

Tak wyglądały nasze pierwsze dni w czasie rządowych obostrzeń dot. koronawirusa. Potem jednak pojawił się pomysł by wyjechać z miasta >>>CZYTAJ DALEJ

 

telewizji

Jak odzwyczaić DZIECKO od oglądania TELEWIZJI?

Przez wiele lat nie oglądałam telewizji, bo zwyczajnie nie miałam telewizora.

Gdy wtedy mówiłam komuś, że „nie oglądam”, zaraz słyszałam: ja też nie oglądam telewizji! Tylko wiesz, ten program i ten i wiadomości i jeszcze tamto… I tak dalej – wychodziło na to, że osoba nie oglądająca spędza ładnych parę godzin dziennie przed TV.

Tak właśnie jest i z nami i z naszymi dziećmi. Nawet gdy wydaje nam się, że czegoś nie robimy, to jednak robimy 🙂

Mnie też się wydawało, że córeczka nie ogląda TV, lub mało lub troszkę. Jednak pewnego dnia, zobaczyłam, że jest inaczej.

W pewien poniedziałkowy wieczór…

Córeczka pokazała na telewizor i kategorycznie zażądała „baka”! Czyli bajka. Miałam jeszcze trochę rzeczy do zrobienia, więc myślę ok, włączę jej jedną czy dwie bajeczki (takie typu Miś Uszatek po 7 minut) i idziemy spać.

Jednak po dwóch bajeczkach, córeczka zaprotestowała przeciwko wyłączaniu, a była już bardzo śpiąca. No więc ok… powieszę jeszcze pranie, a ona może uśnie w tym czasie.

Po godzinie oglądania córeczka zasypiała niemal na siedząco, ale ani nie zasypiała, ani nie pozwalała wyłączyć telewizora. Wtedy pomyślałam…

Dość tego!

Wyłączyłam tv, a córeczka zaczęła płakać. Widziałam, że jest wręcz wściekła na mnie, że „niedobra mama” wyłączyła TV.

Powiem szczerze, że trudno było, ale przetrwałam ten atak. Wzięłam ją na ręce i pokazałam przez okno, że jest już ciemno, że wszyscy już śpią itp.

Po jakimś czasie (dla mnie trwającym jak wieczność!) uspokoiła się, poszłyśmy spać i niemal natychmiast zasnęła. Bo naprawdę była zmęczona, tylko ta bajka trzymała ją w stanie czujności.

Na drugi dzień…

Doszłam do wniosku, że coś muszę z tym zrobić. Nie może tak być, że dziecko jest jak przyssane do tv. Jak odzwyczaić dziecko od oglądania telewizji? Myślałam i… wymyśliłam!

Gdy po żłobku wróciłyśmy do domu powiedziałam, że teraz zbudujemy domek. Nasz domek powstał z koca a za podstawę miał krzesełka i – oczywiście – telewizor!

Tym samym TV przestał być tym, w co się patrzy, a stał się czymś do zabawy. Ale to nie koniec!

zabawa w domku, a tv w tle 🙂

Zabierasz jedno, daj…

No dobrze, „pozbyliśmy” się telewizora i co dalej? To dopiero początek drogi, bo jeśli zabierzesz jedną rzecz, musisz w zamian dać inną.

U nas wygląda to tak, że teraz gdy jesteśmy w domu bawię się razem z córcią, układamy klocki, rysujemy, ćwiczymy itd. Po za tym staram się ją włączać do różnych czynności domowych, które są dla niej bardzo ciekawe.

Oczywiście te zajęcia dostosowane są do wieku córeczki i na pewno z czasem (i porą roku) będą się zmieniać. Jednak jedno jest pewne, że nie wystarczy „odciąć” TV, czy komputera, czy smartfona, ale trzeba w zamian dać coś innego.

Efekty

Efekty jakie daje takie świadome „wyłączenie” telewizora są fantastyczne! U siebie odczułam zupełnie inną jakość spędzania czasu. Wiele mówi się o uważności, o byciu „tu i teraz”, ale nie jest to możliwe, gdy w tle „klepocze” nam tv. Wtedy jednym uchem (czy okiem) łowimy to co dzieje się na antenie, drugim patrzymy na dziecko, a trzecim(?) sprawdzamy social media. No, nie o to chodzi!

Gdy robimy to, co robimy i tylko to, jakość spędzanego czasu szybuje w górę. Dodam też, że po tygodniu takiego „detoksu” od TV, w sobotę sama chciałam coś zobaczyć. Włączyłam telewizor i… córeczka w ogóle nie była zainteresowana tym, co się dzieje na ekranie. Wolała się bawić 🙂

Zobacz też: Sesja z DZIECKIEM – Jak się PRZYGOTOWAĆ? Jak wygląda taka SESJA?

plany

Podsumowanie 2019 i plany na 2020.

Przełom roku to dobry czas, by zrobić nowe plany.

I ja także w końcu zebrałam się by podsumować 2019 i stworzyć plany na nowy. A faktycznie miniony rok, a szczególnie jego końcówka, dał mi dużo do myślenia…

Ciekawy początek

Sportowy 2019 zaczęłam od udziału w ciekawym wydarzeniu, bo w warsztatach z Ewą Chodakowską. Jako, że na co dzień nie chodzę na żadne fitnessy, to miałam okazję sprawdzić swoją formę, poznać słynną trenerkę i – jednocześnie utwierdzić się z przekonaniu, że jednak wolę bieganie:) O warsztatach czytaj >>>TUTAJ

Wody dajcie!

Następnie w marcu zaliczyłam wtopę podczas półmaratonu w Gdyni. Biegłam go z wózkiem, więc spokojnie mogłam zabrać dodatkowe picie. Tymczasem przekonana byłam, że woda będzie co 5 km, więc po co dodawać sobie balastu? A woda była co 7 km i czy to psychologia, czy też faktyczne pragnienie, sprawiły, że to był dla mnie ciężki bieg. Dostałam więc nauczkę, by czytać uważnie regulamin 🙂 Relacja z biegu >>>TUTAJ

Odchudzona i przeziębiona na maraton

Potem biegłam jeszcze bardzo fajny bieg z wózkiem na 5 km w Sopocie i… maraton w Gdańsku. Ku swemu zaskoczeniu – bo byłam właśnie po diecie i w trakcie choroby – przebiegłam go z niezłym jak na mnie czasem. Na pewno sprzyjały też tzw. długie proste i optymalna pogoda – nie za ciepło i nie za zimno. O biegu >>>TUTAJ

Katowice i Puck

W czerwcu pobiegłam półmaraton w Katowicach – dla osób, które jak ja – nie znają Śląska miłą niespodzianką było to, że trasa była „zielona”. I choć start i meta były przy kultowym Spodku, to jednak większość biegu wiodła przez zielone tereny rekreacyjne.

Podobnie miło wspominam półmaraton w Pucku, który biegłam z córeczką. Trasa… no cóż to nie była trasa na wózek. Chyba że ktoś lubi crossowe biegi – ja nie! Więc było mi ciężko na tych wertepach i piachu, ale przebiegłam. Bardzo sympatyczny bieg i w pakiecie nietypowy gift – rybki w puszce 🙂 Relacja z biegu >>>TUTAJ

Going to Hel 🙂

Maraton na Helu – to jest bieg! Szczególnie „przerażające” jest uczucie, że oto wiozą Cię autokarem i wiozą daleko…. a potem musisz wrócić „na biega”! Tym razem znów dzień przed startem dostałam wysokiej gorączki, jednak maraton przebiegłam. O biegu >>>TUTAJ

Listopadowa porażka

W listopadzie przebiegłam z córeczką Bieg Niepodległości na 10 km i potem… zaczęło się! Najpierw ona była przeziębiona, za dwa dni ja się zaraziłam. Zapisana byłam na półmaraton w Gdańsku i musiałam odpuścić. Żal był wielki – poczułam, że biegacze to niby taka wirtualna społeczność, ale jednak więzy są bardzo silne! Gdy nie mogłam pobiec, czułam że bardzo wiele tracę 🙁

Córeczka po ok. 1,5 tygodnia wyzdrowiała, natomiast u mnie – choroba za chorobą i tak do tej pory już dwa miesiące. Z osoby biegającej półmaratony i maratony zmieniłam się w osobę, która teraz biegnie 5-6 km i jeszcze kilka razy musi przystawać…

Plany na 2020

I jak tu coś planować? Na pewno wnioski są takie, że – choć może nie miałam wielu startów w 2019 roku – to jednak w połączeniu z intensywną pracą, stresami i prowadzeniem domu, okazało się zbyt dużo.

Postanowiłam więc w nowym roku w planowy sposób podejść do kwestii odpoczynku i relaksu. A jeśli chodzi o biegi, podejść bardziej na luzie. Bardziej nastawić się na fun niż na wynik. Może się uda 🙂

 

 

 

FIVE FINGERS

Buty FIVE FINGERS – Czy są WYGODNE? I jak się w nich BIEGA?

Five fingers to pięcioplaczaste buty.

Moje pierwsze spotkanie z five fingers (VFF) miało miejsce już w 2015 roku (zobacz tutaj). Od tej pory cały czas chodzę i biegam w tych butach.

Głównym założeniem budowy five fingers jest chodzenie, czy bieganie jak najbardziej zbliżone do poruszania się jak na boso. Buty zatem są mięciutkie, a na podeszwy mają kształt „poduszeczek”.

 

Bieganie czy chodzenie?

VFF są dostępne w różnych wariantach  w zależności od tego do czego mają być przeznaczone. Ja sama posiadam 5 par tych butów, z czego jedne są do chodzenia (choć biegałam też w nich trochę), trzy pary do biegania po asfalcie i jedna do biegania w terenie (z nieco sztywniejszą i grubszą podeszwą).

 

five fingers
moja kolekcja 🙂

Z pozoru buty wyglądają podobnie, ale są między nimi znaczne różnice. Tak więc jeśli już będziecie kupować, to warto warto wybrać odpowiednią opcję.

 

Czy są wygodne?

I tak i nie 🙂 Pierwsze wrażenie jest takie, że buty są bardzo wygodne, bo… bo są! Jednak zanim zaczniesz w nich chodzić, czy biegać, potrzeba trochę czasu.

Jeśli założysz je pierwszy raz i pochodzisz w nich godzinę – na pewno będą Cię bardzo boleć stopy, a także ścięgna nóg. A to dlatego, że używając five fingers nasza stopa jest bardzo ruchoma i zostają poruszone – do tej pory usztywnione – obszary.

Zatem są wygodne, ale trzeba się do nich stopniowo przyzwyczajać. Jednocześnie z uwagi na cienką podeszwę – czuć każdy kamyczek 🙂

 

five fingers
podeszwy butów – ps. to czarne to nie brud, tylko taki design podeszwy 🙂

 

Czy dobrze się w nich biega?

Podobno są osoby, które w VFF biegają nawet maratony. Ja przebiegłam w five fingers dwa półmaratony i zapewniam Cię, że nie były to łatwe biegi.

Zatem moim zdaniem, są to super buty na pobieganie do 10 km, może kilkanaście. Jednak chyba nie więcej, a i to po odpowiednim przygotowaniu i przyzwyczajeniu stopy do biegania naturalnego.

Za to na pewno te buty można polecić do krótkich treningów, np. interwałów, bo mają fajną przyczepność.

 

Czy jest w nich zimno?

Latem można w VFF biegać praktycznie przy każdej pogodzie bo i tak jest ciepło. Jeśli chodzi o pozostałe pory roku ja biegam praktycznie przez cały rok. Jednak w jesienne, zimowe czy wiosenne dni, nie polecam VFF podczas deszczu czy po mokrym śniegu – w sekundę buty są mokre i to tak jakby bosą stopą  biegać po zimnie.

Jednocześnie, nawet zimą, jeśli śnieg jest ubity, to naprawdę świetnie się po nim biega w five fingers 🙂

Zobacz też: STRES przed STARTEM w biegu? Zastosuj ten prosty TRIK!

 

DZIECKIEM

Sesja z DZIECKIEM – Jak się PRZYGOTOWAĆ? Jak wygląda taka SESJA?

W naszych czasach niemal każdy robi z dzieckiem setki czy tysiące zdjęć.

Czy warto zatem zafundować sobie profesjonalną sesję z dzieckiem? Zastanawiamy się, czy zdjęcia będą inne, lepsze? Następnie, jak ona wygląda i jak się przygotować do sesji?

 

Fotograf kontra okoliczności

Pierwsze pytanie, jakie musimy sobie zadać, to czy chcemy zrobić sesję z dzieckiem w plenerze czy w studio?

U mnie nie było wątpliwości, bo jestem osobą, która lubi się „wietrzyć” 🙂 zatem plener. Potem rozważałam, czy mają to być zdjęcia na sportowo czy też w innej konwencji. Pomyślałam jednak, że skoro i tak większość mam biegowych, to tym razem fajnie byłoby zrobić zdjęcia bardziej stylizowane.

 

W lesie?

Gdy mamy już odpowiedź na pytanie studio czy plener, pora na wybór fotografa. Warto przejrzeć portfolio fotografików, bo często zdarza się, że dana osoba nie publikowała żadnych zdjęć robionych na powietrzu. Może to oznaczać, że specjalizuje się w sesjach studyjnych.

Sama przejrzałam sporo stron internetowych, bo nie lubię zdjęć prze-stylizowanych. Gdy osoby na zdjęciu są za bardzo wystrojone i za bardzo upozowane. Finalnie naszą sesję robiła pani Katarzyna, która wykonuje różnorodne fotografie. Domyślałam się więc, że jest osobą elastyczną.

 

Jak się przygotować?

Oczywiste pytanie, to w CO się ubrać? Mój pomysł to były sukienki „twinsy” – to znaczy mama i córka ubrane w takie same stroje. Sukienki kupiłam przez internet. Z panią Kasią ustaliłyśmy też, że i ona będzie miała dla nas propozycję stylizacji.

 

w takich samych sukienkach – fot. Katarzyna Karwat

Następnie znając rytm dnia swojego dziecka trzeba ustalić godzinę. Maluch musi być wyspany, więc zdecydowałam się na sesję o poranku.

 

Jak wygląda sesja z dzieckiem?

Nasza sesja przebiegała bardzo naturalnie. W końcu trudno byłoby powiedzieć małemu dziecku, by pozowało 🙂 Było zatem spacerowanie, pokazywanie widoczków, zabawa, podpłynęły też do nas łabędzie. Całość więc przypominała – nieco wymuszony, muszę to przyznać 🙂 – ale jednak spacer nad wodą.

 

łabędzie
Łabędzie też chcą być na zdjęciu – fot. Katarzyna Karwat

Pani fotograf przygotowała też pewne rekwizyty – wianki, kwiaty, zasłonę – więc była to baza do robienia czegoś, a nie tylko sztywnego pozowania.

 

Czy warto?

Byłam bardzo ciekawa, jak wypadła nasza sesja i… efekty mnie zachwyciły! Razem z córeczką bardzo dobrze wyszłyśmy na zdjęciach, również otoczenie prezentowało się ciekawie.

Pomijając kwestię obróbki zdjęć (która na pewno miała miejsce) uważam też, że profesjonalny fotograf patrzy na nas świeżym okiem i może uchwycić więcej niż ktoś z rodziny czy znajomych, który „cyknie” nam fotkę.

Sądzę więc, że takie zdjęcia mają zupełnie inną wartość i myślę, że od czasu do czasu, dobrze sobie zrobić taką sesję 🙂

dieta bananowa

Dieta BANANOWA – mój TEST!

Dieta bananowa – brzmi fajnie i przyjemnie, a jak jest naprawdę?

Banany kojarzymy z palmami i tropikami. Jednak jako sposób żywienia, dieta bananowa została wymyślona przez… Japończyków! Jej zasady są stosunkowo proste i polegają na jedzeniu wspomnianych owoców, plus kilki innych produktów. To zależy od tego przez ile dni będziemy stosować dietę >zasady zobacz TUTAJ

 

Bananowy żywot

Ponieważ w zasadzie nie mam potrzeby, by się odchudzać, to wybrałam wariant jednodniowy. Dodatkowo, zamiast banany łączyć z innymi proponowanymi produktami (jogurt, jabłko, papryka), postanowiłam jeść same banany.

Kupiłam ich 10 licząc, że owoce średniej wielkości to 100-120 gram, więc jeśli zjem ich aż dziesięć to:

1/ nie będę głodna

2/ dostarczę sobie ok 1000-1200 kcal

 

Plan a realizacja

Moja dietka to miał być swoisty detoks polegający na spożywaniu jednego rodzaju produktu w ciągu dnia. Zaplanowałam sobie, że będzie to poniedziałek. I tu na samym początku spotkało mnie zaskoczenie. Po zjedzeniu 1 banana przez długi czas nie byłam głodna, a sądziłam, że na samo śniadanie zjem ze 2 owoce 🙂

Dalej nie było tak różowo, bo w ciągu dnia miałam ciągle ochotę na herbatniki (petity) i zjadłam ich kilka. Byłam też na spacerze i zjadłam 1 gałkę loda (o zgrozo! 🙂 ).

 

Ból głowy i…

Po południu zaczęła boleć mnie głowa, tak jak ma to miejsce przy różnego rodzaju głodówkach i dietach oczyszczających. Jak się jednak okazało, w ciągu dnia zjadłam tylko 4 banany, te kilka herbatników i loda, więc naprawdę niewiele.

Być może dlatego czułam pewien dyskomfort, ale nie miałam już ochoty na kolejnego banana. Obiecywałam sobie, że we wtorek to sobie pojem i odbiję te trudy! 🙂

 

A rano?

Rano jednak wcale nie byłam głodna, za to świetnie się czułam. Dieta tak bardzo mi się spodobała, że na kolejny dzień (środa) znów zaplanowałam bananowy dzień – wtedy zjadłam ich chyba 6 i znów kilka herbatników.

Czytaj także: Jak kupić BUŁECZKI, gdy SCHODY są strome a TY pchasz wózek?

 

Plusy i minusy

Dieta bananowa, tak jak ja ja potraktowałam, jest bardzo fajna. Chyba jak każdy inny detoks, pozwala organizmowi oczyścić się. I co więcej, możemy bardziej wsłuchać się w swoje ciało. Do tego jest mega wygodna – żadnego gotowania i zmywania 🙂

Minusy są takie, że – moim zdaniem – jest bardzo wciągająca. I tak – jest to minus! Bo gdybym naprawdę chciała się odchudzać, to bym ją stosowała. Jednak dostarczanie sobie w ciągu dnia raptem 1000 kcal skończyć się może albo anoreksją, albo efektem jojo.

Zatem jako detoks – tak super! Jako dieta odchudzająca – trzeba zapewne stopniowo z niej „wychodzić” i zwiększać kaloryczność posiłków, aby dodatkowe kilogramy nie wróciły jak bumerang 🙂

PRZEBIEC

Maraton Północy – Jak PRZEBIEC cały Półwysep HELSKI?!

Gdy patrzę na biegi, które chciałabym przebiec, często wybieram takie bardziej kameralne.

Właśnie dlatego postanowiłam przebiec IV Maraton Północy ‚Bieg Czterech Latarni’. Moją uwagę zwrócił limit uczestników – tylko 200 osób, ale przede wszystkim to, że trasa wiedzie przez cały Półwysep Helski.

 

Nie biegamy w kółko!

W większości biegów miejsce startu jest także metą. Więc de facto robimy kółko, pętlę czy zygzaki, ale tak czy owak wracamy do punktu wyjścia. Jednak nie podczas Maratonu Północy! Tutaj biegnie się w linii prostej zatem o 7.40 z Rozewia uczestników zabrał autokar i… pojechaliśmy na miejsce startu czyli na Hel.

 

Przerażenie…

Jedziemy więc sobie o poranku. I jedziemy i jedziemy. Patrzę sobie na widoki i ogarnia mnie lekkie przerażenie. Dopiero podczas tej „wycieczki” uzmysławiam sobie, jak duży dystans potem będę wracać na piechotę! Co prawda to nie był mój pierwszy maraton, ale ok. 40 minutowa jazda autokarem urealniła tę odległość i to budzi lekkie przerażenie 🙂

 

Zimny start

Rano jest naprawdę zimno. Gdy docieramy na Hel i wysiadamy z autobusu – przeszywa mnie chłód, a wiatr sprawia, że wrażenie chłodu jest mocniejsze.

Mamy jeszcze chwilę czasu, więc wszyscy odwiedzają „toje” i lekko się rozgrzewają. Patrzę na uczestników i widzę, że jest ich chyba raptem około setki. Tak więc liczba uczestników nie doszła nawet do tych 200.

 

hel, maraton północy
na starcie na Helu

Tropem kite surferów

Pierwsze kilometry trasy, chyba gdzieś do Jastarni to leśna, piaszczysta ścieżka stanowiąca małe górki i dołki. Góra – dół, góra – dół i tak przez ładnych parę kilometrów. Dla typowego „asfaltowca” jakim jestem to bynajmniej nie idealne podłoże…

Potem przebiegamy na drugą stronę ulicy i dalsza cześć trasy wiedzie ścieżką rowerową wzdłuż Zatoki Puckiej. Jest tu pięknie, ale jesli znacie ten teren, to wiecie, że jest to raj dla kite surferów (taki surfing z latawcem) z uwagi na silny wiatr. I ten wiatr nam nie pomagał, bo wiał prosto w twarz!

Ostatni odcinek trasy już od Władysławowa nie był tak bardzo napowietrzony, ale wiecie… końcówka, kryzysy i takie tam… 🙂

 

Samotni biegacze

Maraton Północy ‚Bieg Czterech Latarni’ to bieg samotny, bo uczestników nie było wielu. Na tak długiej trasie bardzo się rozciąga i najbliższy biegacz gdzieś tam majaczy z przodu i co jakiś czas mijasz jakiegoś. Jednak generalnie biegnie się samemu.

I dlatego dobrze, że trasa była fajnie oznaczona (kilometry), a punkty odżywcze były regularnie rozmieszczone (brawa dla organizatorów!).

Trzeba jednak przyznać, że taka samotność sprawia, że człowiek na trasie walczy sam ze sobą, a i pokusa by odpuścić – jest większa.

Zobacz też: Gdańsk Maraton – Bieg pełen zaskoczeń!

 

Gdzie ta latarnia?

Na trasie biegu pogoda na szczęście była dobra – znaczy nie padało 🙂 Bo wiatr silny, ale w ciągu dnia troszkę się ociepliło.

Meta znajdowała się przy latarni morskiej w Rozewiu, więc na „deser” uczestników czekał jeszcze podbieg – niby mały, ale ja to już ostatkiem sił. Bo końcówkę biegu kończyłam w stylu seniorów (wiecie – bardziej biegną ręce niż nogi 🙂 )

maraton północy
meta w Rozewiu

Jak było?

Było ciężko, było fajnie 🙂 Maraton przebiegłam z czasem 4,29 co dało mi IV miejsce wśród kobiet. Przyznam, że liczyłam na lepszy wynik (poprzedni maraton to 4,07) i zastanawiałam się czy coś mogłam zrobić lepiej? Czy popełniłam jakiś błąd? (za szybki start? za dużo/za mało na śniadanie? za dużo/za mało wody? itp…) Ale nie – nic takiego nie znalazłam. Chyba zatem trasa była bardziej wymagająca, choć – co dziwne – po maratonie nie czułam się specjalnie zmęczona, a na drugi dzień załatwiając różne sprawy przeszłam ok 10 km 🙂

maraton północy
wynik

I na co Ci to?

Nie-biegacze nie zrozumieją, a biegacze wiedzą 🙂

 

ROZTERKI

Żłobkowe ROZTERKI każdej MAMY. Jak sobie z nimi poradzić?

Dajesz dziecko do żłobka czy przedszkola, jednak wiążą się z tym liczne rozterki.

Jeśli w Twoim otoczeniu jest mąż czy partner, babcia, dziadek, teściowie, ciotki i kuzynki – może być jeszcze trudniej. Każda z tych osób dokłada swoje zdanie, a Twoje rozterki rosną.

U mnie jest tak, że na wszystko patrzę z pewnym dystansem, ale i tak pojawiają się wątpliwości i dylematy.

 

Po pierwsze: dać do żłobka czy nie?

Jeśli kobieta bezwzględnie MUSI wrócić do pracy (np. jest sama, musi zarabiać i koniec), to jeden dylemat ma z głowy 🙂

Jeśli jednak są jakiekolwiek inne opcje – opiekunka, dziadkowie, czy też przedłużona opieka samej mamy – to rodzinka zapewne będzie nalegać na to byś siedziała w domu 🙂 choć nie jest to standard.

 

Po drugie: Kariera

A może mogłabyś zostać dłużej w domu z pociechą, ale po prostu lubisz pracować, chcesz wychodzić do pracy i być aktywna? Wyrodna matka!!! Oj, wyrodna! Zamiast biegać z maluchem przyssanym do piersi CO NAJMNIEJ do 2 roku życia, to Ty wolisz ganiać w szpilkach po biurze?! Nieładnie!

No i jak to wszystko pogodzić? Oczywiście są kobiety, które po urodzeniu dziecka od razu myślą o kolejnym i wcale nie chcą wracać do pracy. Ale jeśli jesteś osobą, dla której paca jest ważna, to nie znaczy, że dziecko jest nieważne! Nieraz siedząc przy komputerze będziesz czuć wyrzuty sumienia i tęsknić za swoim maluszkiem…

 

Po trzecie: Pierwsze dni

Może być ciężko. Dzieci są różne i niektóre bardzo chętnie zostają w żłobku czy przedszkolu. Inne… przez cały okres żłobkowy codziennie płaczą, a po 10 czy 15 minutach zaczynają się świetnie bawić i potem nie chcą wracać do domu. A na drugi dzień… to powtórka z rozrywki!

Trzeba też pamiętać, że wiele zależy od samego żłobka. Warto zwrócić uwagę na komunikaty dawane przez malucha – może w danej placówce dzieje się coś złego?

 

Po czwarte: Czy dziecko polubi opiekunki?

Ha! To jest dobre. Najpierw martwisz się, czy Twoja pociech polubi panie w żłobku/przedszkolu (i vice versa). A jeśli już polubi, to… możesz poczuć zazdrość widząc jak świetnie się bawią! Jak to?! To jakaś obca kobieta cały dzień spędza z moim dzieckiem, a ja tkwię w biurze?

 

A u mnie?

Moja córeczka kilka miesięcy temu zaczęła chodzić do żłobka i nie da się ukryć, że jako mama mam rozterki i wyrzuty sumienia.

A idzie to tak: zaprowadzam córkę do żłobka i np. zaplanowałam sobie, że pobiegam. Biegam i myślę: no ja tu biegam, a dziecko z obcymi siedzi (wyrodna matka!). Bo w tym czasie powinnam robić tylko rzeczy bardzo, ale to bardzo pożyteczne – pracować, sprzątać – no utyrać się porządnie „za karę”! Ale hola, hola! Przecież trzeba mieć też czas dla siebie, by PO ŻŁOBKU mieć siłę na zabawę, spacerki itp.

Albo – pracuję, ale w okolicy godz. 13 czy 14 pani ze żłobka pisze mi że córeczka wcale nie spała. Wiedząc zatem, że tego snu potrzebuje –  a zasypia najchętniej w wózku – rzucam wszystko (na szczęście praca mi na to pozwala) i idę po nią, a potem na spacer z wózkiem (dobra matka!?).

Panie w żłobku lubią córeczkę bardzo. I czasem jestem troszkę, tak ciut zazdrosna. Tłumaczę sobie jednak, że to dobrze, a nawet bardzo dobrze, bo przez to podchodzą z sympatią do zajmowania się.

 

Ku końcowi

Zmierzając ku końcowi, droga Mamo, myślę że te wszystkie wątpliwości wpisane są w naszą rolę jako matki. I tych dylematów nie unikniemy, bo nie da się znaleźć złotego środka. Trzeba przyjąć do wiadomości, że rozterki są i je… zaakceptować 🙂

 

 

Półmaraton Ziemi PUCKIEJ

Półmaraton Ziemi PUCKIEJ – Bieg z Wózkiem (RELACJA)

Półmaraton Ziemi Puckiej odbył się 27 lipca i przebiegłam go z wózkiem.

Szukałam jakiegoś fajnego biegu na lato i moją uwagę zwrócił właśnie Półmaraton Ziemi Puckiej. W Pucku nie byłam nigdy wcześniej, a bieg nad morzem wydawał się ciekawy.

 

Czy można biec z wózkiem?

Przed startem upewniłam się czy można biec z wózkiem. Głównie chodziło mi o trasę, bo jestem biegaczem „asfaltowym”, a już z wózkiem to tym bardziej.

W Regulaminie przeczytałam, że nawierzchnia jest: „asfaltowa za wyjątkiem: od 4,5 km do 5,2 km płyty jumbo, od 6,5 km do 7,5 km, nawierzchnia szutrowa, od 13 km do 16,5 km nawierzchnia szutrowa.” a więc ok – pomyślałam i się zapisałam.

 

Asfalt robi różnicę!

Bieg wiódł przez wioski otaczające Puck, potem kawałeczek nad samym morzem – bardzo pięknie! – następnie część przez las, potem przez miasto i końcówka ścieżką rowerową przy morzu.

Jeśli chodzi o „asfalt” to na większości trasy miał on straszne dziury i wyrwy. Do tego te płyty, górki a jeden odcinek był nawet piaszczystą ścieżką i pod górkę – z wózkiem nie było lekko!

 

półmaraton puck
„asfalt” i asfalt

Gdy już pojawił się prawdziwy, gładki asfalt, to miałam wrażenie, że płynę 🙂

 

Biegniemy, mama!

Półmaraton w Pucku to już mój czwarty półmaraton z córeczką. I choć nie ma ona jeszcze nawet półtora roczku, to już widać, że wie, że coś się dzieje. Czyli przeżywa, przygląda się i czuje emocje. Na tej trasie przez pierwsze pół godziny, jak nie dłużej wszystko obserwowała. Potem usnęła i obudziła się już po przekroczeniu mety.

 

 

Mimo to – jak to zwykle bywa – i tak stresowałam się, czy będzie spała, czy marudziła? I czy za bardzo jej nie wytrzęsie na tej wyboistej trasie… Ale było ok 🙂

 

Masowo czy kameralnie?

Zauważyłam, że są albo biegi naprawdę masowe – po kilka tys. osób, albo bardzo kameralne – jak ten, w Pucku, gdzie biegło ok. 300 osób.

 

szczęśliwe na mecie 🙂

 

Z jednej strony masówki są fajne, bo można zrobić życiówkę, są strefy kibiców i w ogóle jest to duże wydarzenie. Z drugiej strony, dla odmiany, taki niewielki bieg jest bardzo sympatyczny i też warto w takich brać udział 🙂