Porwanie numer dwa – jak rasowy kidnaper!

W ostatnim dniu maja 2020 r. mój były mąż uprowadził córeczkę bez mojej wiedzy i zgody.

Przetrzymywał ją ponad miesiąc (więcej na ten temat TUTAJ) i po wielu stresujących sytuacjach, dyskusjach ponownie podpisaliśmy między sobą porozumienie dotyczące opieki. Miało być one stosowane do czasu rozstrzygnięć sądu.

Jednak mój ex także i to porozumienie miał w głębokim poważaniu. Zamiast przekazać mi córeczkę na 1 sierpnia, była u mnie dopiero od 5 sierpnia, 6 znów zabrał. Więc de facto ze mną swój czas zaczęła 7 sierpnia i miała być ze mną do 20.08.

 

Wyjechałyśmy na krótki urlop i do miasta wróciłam 17 sierpnia. Tego dnia po południu rozmawiałam z byłym mężem, który – jak się później okazało – zachował się jak rasowy kidnaper.

Najpierw powiedział, że przyjedzie 20 lub 21 sierpnia, a może nawet później i czy córka może u mnie zostać dłużej? Oczywiście potwierdziłam. Jednak te jego pytania tylko miały uśpić moją czujność.

Na drugi dzień zaprowadziłam córeczkę do żłobka i sama zaczęłam nadrabiać zaległości firmowe. Zadzwonił do mnie ok. godz. 11 – taki przyjacielski telefon, co robię i czy córka w żłobku?

Powiedziałam, że tak, a ja idę coś załatwić. Ten telefon miał go tylko upewnić, że ma wolną drogę. Bo w pół godziny później dostałam wiadomość, że zabrał dziecko, ze żłobka! Bez mojej wiedzy, zgody i w moim czasie.

Jak się później okazało, przyjechał wcześniej, celowo zaparkował gdzieś daleko. Wszystko po to, by porwać dziecko.

 

Podobnie jak przy poprzednim zdarzeniu, służby są bezsilne, bo jako ojciec z pełnymi prawami, jest w swoim prawie. Ustawodawcy nie zwracają tu uwagi na łamanie prawa dziecka i traktowanie córeczki jak przedmiot – zabieranie z zaskoczenia, w dowolnym czasie i wywożenie z dala od mamy…

Porwanie rodzicielskie. Porwanie w świetle prawa.

Nie spodziewałam się, że spotka mnie coś takiego.

Takie rzeczy oglądamy w TV, nie sądząc, że mogą nas dotyczyć. A jednak. Moja córeczka została porwana przez mego byłego męża. Nie umiem tego określić inaczej, skoro została wywieziona bez mojej wiedzy i bez mojej zgody, a moja czujność została uśpiona poprzez kłamstwo.

 

Po rozwodzie mieliśmy z byłym mężem wspólnie sprawować opiekę nad córeczką. Ustaliliśmy, że ja będę pierwszą połowę miesiąca, on drugą. Przy czym chyba ani razu się do tego nie zastosował. Notorycznie skracał mój czas opieki poprzez wcześniejsze zabieranie, późniejsze przywożenie i dodatkowo ingerowanie w mój czas opieki.

W końcu po wielu rozmowach, na początku maja 2020 złożyłam pozew o ustalenie kontaktów.  15 maja były mąż, zgodnie z ustaleniami zabrał córeczkę na swój czas i wyjechał z miasta. Później, wrócił na kilka dni przed końcem miesiąca. W niedzielę 31 maja wszystko było ok. Nawet przyszedł po nas do kościoła i potem powiedział, że jedzie z córeczką po mleko na wieś (pod miasto do zaprzyjaźnionego gospodarstwa ok. 20 km dalej).

Zgodziłam się i pojechał. W końcu wieczorem czy na drugi dzień rano miał się zaczynać mój czas opieki. Tymczasem ok. 20 wieczorem zadzwonił, że wyjechał z miasta i jedzie z córką do miasta x (ok. 500 km od domu!). Byłam w szoku i najpierw myślałam, że on żartuje, ale to była prawda.

Strasznie mnie to zdenerwowało, byłam roztrzęsiona i kazałam mu wracać i oddać dziecko. Zadzwoniłam też na Policję, ale dowiedziałam się, że jak są równe prawa to oni nie ingerują.

 

Na drugi dzień pojechałam do x po córeczkę. Spotkaliśmy się we troje i rozmawialiśmy że na drugi dzień, ja pojadę z córką do domu. Tymczasem 2 czerwca na umówione spotkanie, były mąż przyszedł sam! Córeczkę zaprowadził wcześniej do żłobka (do którego zresztą zapisał ją bez mojej wiedzy). Kolejny szok i rozczarowanie…

Pojechałam do żłobka. Tam rozmowa z kierowniczką, że wyda nam dziecko, ale jeśli nie będzie awantur. A ja wiedziałam że mój ex raczej zrobi jakąś akcję manipulacyjną, że córeczka będzie płakać i będzie mieć traumę. W końcu on się zobowiązał się, że przywiezie ją 7 czerwca. I to mnie przekonało, by nie robić jakiejś większej afery. Tak więc zrobiłam kolejne 500 km i do domu wróciłam z niczym.

6 czerwca były mąż zadzwonił z pytaniem: A co mi zrobisz, jak nie przyjadę…?

Nie przyjechał i podobnie przez kolejne dni. Wszystko to trwało do 19 czerwca. Wtedy wrócił do miasta, ale nadal nie chciał mi oddać córeczki, „bo to nie paczka”, tylko wydzielał kontakty. W końcu wyjechał 10 lipca na… cały tydzień.

Biorąc pod uwagę jego postawę i zachowanie, obawiam się, że nasza sprawa będzie się toczyć miesiącami, ze szkodą dla córeczki, którą traktuje przedmiotowo. A wszystko w imię wielkej „miłości”.

 

Przez tę sytuację zobaczyłam wyraźnie, że w polskim prawie jest bardzo poważna luka. Bo przy równych prawach jeden rodzic może:

  • wozić dziecko, gdzie chce po całym kraju – bez zgody drugiego rodzica
  • zameldować, gdzie chce
  • zapisać do żłobka czy przedszkola

A w całej tej sytuacji, dziecko nie jest chronione. Jeden nieodpowiedzialny rodzic porywa dziecko. Jeśli drugi odpłaci się tym samym, to dziecko będzie wyrywane i przenoszone z miejsca w miejsce.

Przypomina to spór kobiet z Biblii, gdzie syn jednej z nich zmarł, więc zabrała żywe dziecko innej kobiecie. Potem obydwie kłócące się stanęły przed Królem Salomonem:

 

23. Wówczas król powiedział: «Ta mówi: To mój syn żyje, a twój syn zmarł; tamta zaś mówi: Nie, bo twój syn zmarł, a mój syn żyje».
24. Następnie król rzekł: «Przynieście mi miecz!» Niebawem przyniesiono miecz królowi.
25. A wtedy król rozkazał: «Rozetnijcie to żywe dziecko na dwoje i dajcie połowę jednej i połowę drugiej!»
26. Wówczas kobietę, której syn był żywy, zdjęła litość nad swoim synem i zawołała: «Litości, panie mój! Niech dadzą jej dziecko żywe, abyście tylko go nie zabijali!» Tamta zaś mówiła: «Niech nie będzie ani moje, ani twoje! Rozetnijcie!»
27. Na to król zabrał głos i powiedział: «Dajcie tamtej to żywe dziecko i nie zabijajcie go! Ona jest jego matką». (1 ks. Królewska, 3; 23-27)

 

W takiej sytuacji jedna ze stron ustępuje. Tak jak ja – sama cierpi, by chronić dziecko przed traumą. Choć i tu jest niedobrze, bo córcia była ode mnie odcięta przez ponad miesiąc. Rozmawiałyśmy jednak przez telefon i najpierw pytała mnie jakby zdziwiona:

A gdzie Ty jesteś? – co brzmiało tak że: gdzie ty jesteś, że cię tu nie ma?

Później zaczęła mówić wprost: Chcę do mamy.

Ale mój były mąż wciąż znajdował „powody” by nie przyjeżdżać i nie oddawać mi córeczki. Raz był zmęczony, innym razem deszcz padał. Potem jakieś spotkanie umówił i tak dalej.

 

Mam też taki wniosek i radę dla wszystkich – czy to kobiet czy mężczyzn. Żeby przy rozwodzie czy rozstaniu nigdy nie ustalać „wspólnego” sprawowania opieki.

Bo skoro będąc w związku się nie dogadujecie, to skąd wniosek, że po jego zakończeniu się to zmieni? Lepiej od razu określić jaki i w jakich terminach mają odbywać się kontakty.

I w drugą stronę. Jeśli po rozwodzie faktycznie opadną emocje i będziecie się lepiej dogadywać, to nic nie stoi na przeszkodzie, by wtedy modyfikować sprawę kontaktów.

 

Powiem szczerze, że poważnie się zastanawiałam, czy pisać o tej sprawie. Jednak pomyślałam, że może się to komuś przyda. Choćby ku przestrodze.

 

Monodiety – dieta RYŻOWA.

Monodiety to diety jedno składnikowe. Zazwyczaj spożywa się jeden produkt, lub też tej konkretny produkt jest bazą do przygotowania dań.

Przykładem monodiety są następujące rodzaje diet: kapuściana, bananowa, post warzywno-owocowy, cytrynowa, jabłkowa, serowa i inne.

Ja sama jakiś czas temu testowałam dietę bananową – zobacz TUTAJ – natomiast kilka razy robiłam sobie dietę owsianą. Od czasu do czasu stosuję też dietę ryżową i o niej dziś mowa 🙂

 

Monodiety są krytykowane jako zbyt ubogie w składniki odżywcze i powodujące efekt jojo. I faktycznie może tak być. Jednak ja nie robię sobie diety ryżowej po to, by się odchudzić, ale po to by się oczyścić. Stosuję ją 2-3 dni, więc przez ten czas nie wyrządzam sobie żadnej szkody.

 

W moim wydaniu zastosowanie diety ryżowej jest bardzo proste. Dzień wcześniej gotuję 2 torebki ryżu (łącznie 200 gram). Jest to ok. 700 kcal. czyli bardzo mało.

Na drugi dzień ugotowany ryż dzielę na 5 mniej więcej równych porcji i to one stanowią 5 posiłków. Jest to śniadanie, II śniadanie, obiad, podwieczorek i kolacja.

Ponieważ jestem fanką cynamonu, to nie ukrywam, że większość tych porcji jem z masłem i cynamonem. Na obiad i kolację do ryżu dodaję jeszcze duszone warzywa.

Dodatkowo jem jeszcze jakieś owoce itp. Na przykład, gdy idę rano biegać to jem banana i dopiero po treningu – ryż.

Myślę, że łącznie z dodatkowymi produktami i masłem (tłuszcz jest trochę potrzebny 🙂 ) mogę spożywać ok 1500 kcal, więc to już nie jest tak mało.

 

Taka kilkudniowa dieta jest bardzo fajna. Prosta i niedroga, a człowiek się po niej lekko czuje.

Przy takiej monodiecie nie czuję się głodna, a mam wrażenie, że a faktycznie oczyszcza organizm.

Polecam!

 

Zobacz także: Diety pudełkowe. Mój prywatny RANKING!

Diety pudełkowe. Mój prywatny RANKING!

Kilka lat temu w Polsce pojawiły się diety pudełkowe.

Najpierw do tematu podchodziłam dosyć sceptycznie, bo nieekologicznie (pudełka!) i dosyć drogo. Ale tak jakoś wyszło, że trochę polubiłam diety pudełkowe.

W moim przypadku nie traktuję ich jako sposób na odchudzanie, tylko raczej na odmianę menu. Zamawiałam je zatem zwykle na 1 tydzień, czasem trochę dłużej.

Spróbowałam cateringu dietetycznego z aż 7 firm, więc postanowiłam to podsumować i stworzyć ranking.

 

Jaka dieta?

Od kilkunastu lat nie jem mięsa, więc za każdym razem wybierałam dietę wegetariańską (raz wegańską) i w wariancie 1500 kcal. Kaloryczność dosyć niska, ale zawsze coś tam sobie dojadłam lub nie 🙂

I tak, każda z diet oferuje 5 posiłków czyli śniadanie, obiad, kolacja oraz II śniadanie i podwieczorek. Diety są dowożone codziennie, a w sobotę dostawa na dwa dni – tak samo było w każdej z diet.

 

Dół rankingu

Na samym dole diet pudełkowych, jakie próbowałam postawiłabym dwie firmy: Maczfit i Masterdieta. Tak, wiem Maczfit to jeden z większych dostawców diet, więc pewnie ludziom smakuje. U mnie było nie bardzo…

 

W Maczficie zamówiłam dietę wegańską. I zarzuty do ich jedzenia mam dwa. Po pierwsze i najzwyczajniej w świecie – jedzenie nie było smaczne. Jakieś suche i niedoprawione dania.

Po drugie, pierwszego dnia w diecie pojawił się ser żółty – wegański. Super, bo nigdy takiego nie jadłam. Spróbowałam – nawet dobry. I przez kolejne dni, codziennie do któregoś posiłku dostawałam mega porcję tego sera. Miałam wrażenie, że ktoś w Maczficie kupił dużą paczkę tego sera i teraz ja go muszę zjeść 🙂

Powiem szczerze, że ja sama jem dosyć monotonnie – ulubione produkty i dania mogę jeść codziennie. I właśnie dlatego zamawiam dietę pudełkową, by niejako na siłę wprowadzić trochę urozmaicenia. Tymczasem w diecie Maczfit tego urozmaicenia nie było.

 

Druga firma to Masterdieta. Plusem było to, że dania były doprawione. Powiedziałabym, że nawet pikantne, a w „pudełkach” to rzadkość. Firmy cateringowe raczej starają się by posiłki miały łagodny smak.

Natomiast dwie rzeczy na duży minus. Jedna to śladowe ilości pewnych składników/dodatków. Jeśli na przykład dostaję „makaron ze szpinakiem” i tego szpinaku jest dosłownie z pięć listków, to de facto dostaję same kluchy! A chyba nie o to chodzi w fit jedzeniu?

Drugi przykład to „surówka z orzechami włoskimi” – w mojej porcji tych orzechów było tyle co może 1/4 orzeszka. Podobnie przy innych daniach – jakiś dodatek był w takich ilościach, że można go było szukać z lupą.

Druga rzecz to… tłuszcz! Tak, ten okropny tłuszcz, którego w diecie 1500 kcal powinno być niewiele. A tu taka sytuacja: wyciągam spaghetti z pojemnika (nigdy nie podgrzewam w plastiku!), na dnie opakowania jest około łyżeczki jakiegoś tłuszczu! Wiem, może powiecie, że to olej po to, żeby się makaron nie skleił. Ale aż tyle…?

Podobnie było z zapiekaną. Chyba wegetariańska musaka. Podgrzałam w mikrofali, a tu z potrawy na talerz wypłynęła spora ilość tłuszczu… bardzo nieapetyczne.

 

Środek

Większość diet pudełkowych proponując dosyć wyrafinowane dania. Czyli na śniadanie nie dostaniecie serka wiejskiego z bananem, tylko na przykład pudding chia z jagodami goi. Podobnie z produktami – jak feta to grecka, jak pomidory to koktajlowe, droższe sery, czasem nawet szparagi czy inne produkty premium. I to oczywiście odbija się na cenie.

Dieta o jakiej mówię czyli wege 1500 to dzienny koszt ok 55-60 zł. (taniej przy dłuższych zamówieniach). Nie da się ukryć, że to drogo.

I dlatego na środku podium stawiam firmę z Trójamiasta – Fitkalorie, z której korzystałam, gdy tam pomieszkiwałam. W Fitkaloriach można dostać bardzo smaczną dietę, ale na troszkę prostszych składnikach i dzięki temu jest ona nieco tańsza.

Myślę, że także inne firmy powinny mieć taką ofertę. Bo przecież nie każdy musi zajadać się drogimi superfoods. Na pewno część osób chciałaby po prostu otrzymać zdrowe posiłki w przyzwoitej cenie.

 

Podium rankingu

Na podium mojego rankingu diet pudełkowych stawiam trzy firmy. Dlaczego aż trzy?

Dlatego, że trudno wybrać którąś z nich, bo każda ma inne zalety. A po drugie – jest jeszcze czynnik ludzki, jednemu smakuje to, innemu tamto. Po za tym, ja korzystałam teraz, ktoś z Was może korzystać za pół korku i w danej firmie będzie inny kucharz. I tak dalej…

Więc jest wiele zmiennych, które mogą wpływać na ocenę diety. Jednak z tych trzech byłam naprawdę zadowolona. Są to: Wygodna Dieta, Lightbox i Fitness Catering.

 

  • Wygodna dieta – to pierwszy catering dietetyczny, z jakiego korzystałam, więc na pewno zadziałał „efekt nowości”, ale trzeba przyznać, że dania oferowane przez tę firmę były bardzo smaczne, lekkie i kolorowe, dodatkowo podobało mi się, że Wygodna dieta miała swoje autorskie wypieki – różne małe bułeczki czy paluchy; natomiast dieta wegańska z tej firmy, której spróbowałam później już nie byłą tak dobra…

 

  • Lightbox – smaczna, lekka dieta, po której dobrze się czułam; tu zaskoczyły mnie spore porcje, więc człowiek był najedzony, ale widać też było, że to jest jedzenie niskokaloryczne; fajne pomysły na dania np. kotlety z kaszy jaglanej czy tofu w miodzie (to dzięki nim polubiłam tofu!); na śniadanie często jest autorskie muesli Lightboxa, ja sama nigdy nie zrobię sobie muesli, nigdy tego nie jem! a tu w diecie jadłam i bardzo mi smakowało

 

  • Fitness Catering – ta dieta była dla mnie zaskoczeniem kulinarnym, powiem szczerze, że wielu dań w tym cateringu nie powstydziłaby się dobra restauracja – były oryginalne i pyszne! Jeśli chodzi o wartość „dietetyczną” że tak powiem – posiłki były sycące i mimo tego, że bardzo dobre, to nie pobudzały jakoś specjalnie apetytu; lubię śniadania na słodko – różne kaszki czy owsianki i tu były takie śniadania

 

Tak więc mam za sobą 7 firm z cateringu dietetycznego i pewnie jeszcze jakąś przetestuję 🙂

 

Koronawirus PAMIĘTNIK: Powrót do normalności?

Po świętach wielkanocnych wróciłam do domu i uznałam, że bez względu na rozwój sytuacji, trzeba żyć normalnie.

Przede wszystkim zajmowałam się córeczką (żłobek zamknięty) i skupiłam się na pracy. W tym czasie też – czyli po powrocie ze wsi do miasta – pewną bolączką była maseczka.

 

Oddychanie

Z jednej strony, chciałam się dostosować, ale z drugiej… Jeśli ja, osoba wysportowana idąc, zaczynam sapać, to coś jest nie tak. Z bieganiem jeszcze gorzej. Wypróbowałam to dwa razy. I za każdym razem po ok 1 km biegu byłam tak podduszona, że nawet po zdjęciu maski, ledwo dyszałam.

W końcu zadzwoniłam do przychodni – konsultacja telefoniczna, bo nie przyjmują. I pani doktor powiedziała, że nosić maski nie muszę. A jeśli chodzi o zaświadczania to, ani nie trzeba mieć ani ich nie wydają. I tak maskę przestałam nosić. Jak do tej pory raz mi zwrócono uwagę, parę razy zapytano, ale zwykle wystarczyło wyjaśnienie o problemach z oddychaniem.

 

Żłobek

Jak wiadomo wszystkie placówki oświatowe były zamknięte. W końcu rząd ogłosił, że żłobki i przedszkola można otworzyć. Super, tylko… pojawiło się wiele „ale”. I w efekcie naszego żłobka do tej pory nie otworzono, może od czerwca będzie.

Ale nie powiem, bycie pełnowymiarową mamą bardzo mi się podoba 🙂 Bardzo fajnie jest mieć możliwość spędzania więcej czasu z córeczką i być tak na 100% (a pracować wtedy gdy dziecko śpi…).

 

Gospodarka

Mam nadzieję, że ta cała epidemia zmierza ku końcowi, ale myślę, że jest tu coś bardzo nie tak.

Branże takie jak kosmetyczna, gastronomiczna czy hotelarska i wiele innych, przeżyły trudny czas. To znaczy jedne przeżyły, inne padły, a jeszcze inne zrobią to wkrótce.

I nie bardzo rozumiem, dlaczego sklepom spożywczym POZWOLONO działać dalej i tam ekspresowo można było wprowadzić nowe zasady – maski, ekrany, rękawiczki – dlaczego?

Bo musimy jeść? Przecież skoro było tak źle, to i spożywczaki trzeba było zamknąć, a żywność rozwozić przez wojsko.

To samo jest teraz w innych branżach – rękawiczki, odstępy, dezynfekcja. Ale dlaczego teraz, a nie dwa miesiące temu? Dlaczego te firmy musiały stracić tak kolosalne pieniądze?

Ktoś może pomyśleć, że jego branży na szczęście nie dotknął kryzys. Ale to tylko kwestia czasu – to jest system naczyń zamkniętych. A ja mam wrażenie, że takimi panicznymi decyzjami, wylano dziecko z kąpielą…Niestety.

 

Normalność?

Tak więc teraz mamy odmrażanie gospodarki i powrót do normalności. Z tym, że to nie będzie normalność jaką znamy, a raczej krajobraz po burzy. Jeszcze nikt nie wie, jakie są straty…

 

Chyba tym wpisem, zakończę mój „pamiętnik”, chyba, że corona wróci – oby nie! 🙂

 

Zobacz też wcześniejsze wpisy:

Koronawirus PAMIĘTNIK: Spokojny początek…

Koronawirus PAMIĘTNIK: Wyjazd i przyjazd

Koronawirus PAMIĘTNIK: No i stało się…

Koronawirus PAMIĘTNIK: Jak w książce!

Koronawirus PAMIĘTNIK: Komplikacje i pozytywy

Koronawirus PAMIĘTNIK: Komplikacje i pozytywy

Koronawirus to oczywiście dla wielu z nas poważny problem – czy to zdrowotny, czy rodzinny (np. rozłąka z bliskimi), czy ekonomiczny – utrata pracy czy upadek firmy.

U mnie z całej tej sytuacji pojawiły się i pozytywy i negatywy. Przez rządowe obostrzenia, dotknęły mnie pewne komplikacje, a jednocześnie – spełniły się dwa marzenia, czy też postanowienia!

 

Komplikacje

 

REMONT

Z końcem marca zakończyłam remont mieszkania (gehenna!) i liczyłam na to, że spokojnie je sobie teraz urządzę. Ale nic z tego! Bo sklepy meblowe są pozamykane, a zakupy „gabarytów” przez internet to spore ryzyko. Bo gdyby mebel mi się jednak nie podobał, czy też kolor byłby inny, miałabym spory problem z odesłaniem takiego przedmiotu.

O ile jednak można trochę przeżyć z jednym łóżkiem i jedynie szafkami kuchennymi, to bez ciepłej wody i ogrzewania jest trochę słabo. Niestety – żaden instalator teraz nie pofatyguje się, by zainstalować piec…

 

PLANY

Na kwiecień miałam zaplanowany udział w półmaratonie i w szkoleniu motywacyjnym. Obydwie te imprezy odwołano.

Półmaraton w Poznaniu odbędzie się dopiero za rok, a szkolenie w listopadzie. I tak kwiecień, który miał być „załadowany” bo te dwa wyjazdy, do tego święta i jeszcze inne sprawy. A tymczasem stał się miesiącem o zupełnie innym charakterze.

 

PRACA

Pomimo obostrzeń ja nadal pracuję, ale nie wszystkie firmy nadal działają. Inne przedsiębiorstwa czy instytucje pracują w ograniczonym zakresie, co znacznie utrudnia mi życie, bo pewnych spraw zwyczajnie nie mogę załatwić.

Zauważyłam też, że ci którzy pracują, często stosują „spychologię”. Tak jakby zazdrościli tym, którzy teraz pracować nie mogą. A przecież powinno być na odwrót – bo osoby, które przymusowo siedzą w domu są w trudnej sytuacji i nie wiedzą też, czy będą mieli do czego wrócić (poza „budżetówką” oczywiście).

 

Spełnione marzenia

Dzięki sytuacji spowodowanej przez epidemię koronawirusa spełniły się moje dwa marzenia, co jest dosyć zaskakujące!

 

ODWOŁANY MARATON

Pierwsze to jedno z moich postanowień noworocznych, bo w zeszłym roku przeciążyłam swój organizm. Teraz postanowiłam, by biegać raczej dla przyjemności niż dla wyniku. Tymczasem po zapisaniu się na półmaraton w Poznaniu (miał być w połowie kwietnia), już z początkiem marca biegałam bardziej treningowo i stresowałam się słabą formą.

Tymczasem po odwołaniu biegu, całe napięcie zeszło – biegi (w ramach spaceru) wykonuję dla czystej przyjemności 🙂

 

BEZ NETU

Moja praca wymaga stałej obecności on line. Nie ma wyjazdu bez komputera i nie ma dnia bez pracy – świątek, piątek, weekend, dzień czy noc. I tak na początku marca powiedziałam do kogoś, że dla mnie prawdziwy odpoczynek to byłby, jakbym przez parę dni nie musiała pracować i mogła oderwać się od internetu. Ale w domyśle było, że to niemożliwe.

A tu voilà! Jestem na wsi, nie ma tu żadnego internetu, więc przez ten cały czas pozwoliłam sobie na aż TRZY dni bez internetu! (w kolejne już jeździłam „do pracy”).

 

W szerszej skali

Myślę, że podobne zjawiska można zaobserwować i w szerszej skali – że jest coś negatywnego, ale też coś pozytywnego.

Ja sama zwróciłam uwagę na kwestię konsumpcjonizmu – choćby w sklepach spożywczych. Nieraz widziałam supermarketach ludzi, którzy za zakupy płacili np. 300 zł. a więc sporo, a de facto nie kupowali nic konkretnego. A to rukola, wędzony łosoś, pomidorki, jakiś alkohol i słodycze czy przekąski. Teraz ten sam typ człowieka idzie na zakupy z kartką i może też wyda 200 czy 300 zł. Ale kupuje prawdziwe jedzenie.

Trudno mi ocenić, jak zmiana takich postaw przekłada się na wynik ekonomiczny marketów. Na pewno jednak przystopowanie konsumpcji, dobre jest dla naszej planety.

 

Zobacz też wcześniejsze wpisy:

Koronawirus PAMIĘTNIK: Spokojny początek…

Koronawirus PAMIĘTNIK: Wyjazd i przyjazd

Koronawirus PAMIĘTNIK: No i stało się…

Koronawirus PAMIĘTNIK: Jak w książce!

 

 

Koronawirus PAMIĘTNIK: Jak w książce!

Gdy przyjechałam na wieś, by tu spędzić czas rządowych ograniczeń związanych z koronowirusem, od razu przyszły mi do głowy literackie skojarzenia z tą sytuacją.

Pierwsze to „Domek na Prerii” a raczej cała seria tych książek. Drugie to książki dotyczące II wojny światowej.

Dom, w którym spędzamy czas epidemii

Jest oddalony od najbliższych sąsiadów o ok. 1,5 kilometra w jednym kierunku. Ruszając w innych kierunkach, napotkamy tylko górki i las. Być może te półtora km to nie dużo (szczególnie, gdy ma się samochód), daje jednak wrażenie odosobnienia i przygody. Szczególnie, że aby do tych zabudowań dotrzeć, trzeba dwa razy przejechać przez strumyk.

Tym samym mam poczucie, że jesteśmy tu sami i też „skazani” na siebie i swoje towarzystwo. Podobnie jak rodzina Ingallsów w „Domku na prerii”. Podobnie jest także z zajęciami – czas wypełniają domowe zajęcia i spacerki w okolicy – jako że nie ma tu nikogo. I tak jak w „Domku” nie było różnych gotowych przekąsek, tak i mnie na wsi chce się gotować i jeść „gotowane”, więc chyba jest tu inne powietrze.

Drugie skojarzenie

Czyli wojna. Tu nie chodzi mi o konkretny tytuł, ale o całą sytuację opisaną w wielu powieściach czy pamiętnikach, jakie czytałam. Analogie są oczywiste, bo i w przypadku wojny i w przypadku epidemii jest „wróg” i jest walka. I nawet ci którzy nie są na linii frontu, odczuwają wiele konsekwencji sytuacji. Mam tu na myśli:

– oderwanie od rodziny – u niektórych bardzo dosłowne i od najbliższej rodziny (np. gdy ktoś musiał zdecydować o pracy za granicą i wie, że nie może teraz przyjechać), ale też oderwanie nawet gdy jesteśmy w tym  samym mieście, a wiemy że nie powinniśmy się odwiedzać

– różne charaktery – w czasie wojny często przypadkowi ludzie zamieszkiwali w jednym domu i musieli się znosić, musieli jakoś dostosować swoje charaktery do sytuacji i na dodatek nie wiedzieli jak długo to potrwa. Teraz jest podobnie, bo nawet jeśli jesteśmy w domu z najbliższą rodziną, to spędzamy ze sobą znacznie więcej czasu niż w normalnym trybie

– zamknięcie – może nie tak dosłowne jak w czasach II wojny (ukrywanie się, czy chowanie w schronach, po lasach), ale w pewnym stopniu jesteśmy odizolowani od świata i swojego zwykłego życia

– ograniczenia – nikt z nas nie lubi słyszeć, że czegoś mu nie wolno, że musi się powstrzymać – obecnie tyczy się to trywialnych rzeczy: wyjścia na rower czy pójścia do fryzjera.

– lęki i obawy – w czasie wojny tyczyły się one przede wszystkim życia, ale też choćby tego czy będzie, co jeść; także teraz wiele osób ma obawy co do swojej przyszłości – szczególnie pracy i finansów.

Tak więc patrząc na koronawirusa pod kątem literackich porównań, gołym okiem widać, że to, co dzieje się teraz jest próbą charakteru. Dla wielu próbą trudną i pewnie będą też ekonomiczne „ofiary” tej próby (utrata pracy, zarobków, zamknięcie firmy). A społeczne, opcje są dwie, albo będzie więcej rozwodów, albo… więcej dzieci 🙂

 

Zobacz też wcześniejsze wpisy:

Koronawirus PAMIĘTNIK: Spokojny początek…

Koronawirus PAMIĘTNIK: Wyjazd i przyjazd

Koronawirus PAMIĘTNIK: No i stało się…

Koronawirus PAMIĘTNIK: No i stało się…

No i stało się, 1 kwietnia 2020 rząd wprowadził kolejne ograniczenia.

Niektóre z nich są ciekawe, jak to że wyznaczono godziny zakupów dla seniorów. Więc będą mogli na spokojnie kupić, co potrzeba. Poza tym zmniejszono limity osób w sklepach, nakazano zamknięcie hoteli, salonów kosmetycznych itp.

Jeden z zakazów rozbawił niejedną osobę. Chodzi o „obowiązek utrzymania min. 2-metrowej odległości między pieszymi. Dotyczy to także rodzin i bliskich.”. Czyli w domu można się przytulać, ale na ulicy – dystans dwa metry! 🙂

Jednak to co mnie w tych nowych przepisach poruszyło to „ograniczenie korzystania z parków, plaż, bulwarów, promenad”. Minister zdrowia, Łukasz Szumowski zapytany wprost o bieganie, powiedział, że to nie jest czas na budowanie formy.

Czyli stało się to, czego się obawiałam – biegać, przynajmniej teoretycznie, nie wolno. Nie wiadomo jeszcze, czy i jak te wytyczne będą egzekwowane, ale jedno jest pewne: pan Szumowski nie jest biegaczem!

Gdyby był, wiedział by, że „czasami człowiek musi, inaczej się udusi” 🙂  Zresztą biegacze najczęściej biegają w pojedynkę, czasem we dwoje. Jednak ja zazwyczaj spotykam na swoich biegowych ścieżkach samych solistów.

Zatem biegam sama, zazwyczaj rano (np. 7-8) i po parku lub lesie. Jakie w tym ryzyko? Chyba żadne. Ciekawa jestem zatem ilu biegaczy nadal będzie truchtać, choć ze strachem w oczach… 🙂

Wyjazd

Koronawirus PAMIĘTNIK: Wyjazd i przyjazd.

Po kilku dniach pobytu w domu, było coraz mniej przyjemnie. Wtedy pojawił się pomysł na wyjazd z miasta.

Jak się okazało, także wielu innych ludzi planowało wyjazd. Po obdzwonieniu kilku ośrodków oferujących domki campingowe byliśmy dosyć zdziwieni. Choć jeszcze nie ma sezonu, to sporo obiektów było już zajętych a i ceny były dosyć wysokie.

Sam pomysł na to, by opuścić miasto wziął się z jednej strony z obawą przed zarażeniem, ale nie tylko. Ja sama najbardziej bałam się zamknięcia – przymusowego siedzenia w czterech ścianach. Jestem osobą, która musi się „wietrzyć” – albo bieganie, albo spacer, albo rower – codziennie muszę wyjść i aktywnie spędzić czas. Tak więc trzeba było znaleźć miejsce, gdzie nie będzie ludzi i będzie można wychodzić na powietrze.

W końcu znaleźliśmy domek w pięknej dolince. Pojechaliśmy tam w ciemno, a na miejscu na szczęście było skromnie, lecz przyjemnie. Minusem (z uwagi na moją pracę) był brak internetu oraz znikający zasięg telefonu – byliśmy zatem praktycznie odcięci od świata.

W pierwszy dzień pobytu spotkała mnie miła niespodzianka w postaci pięknego śniegu. Od razu poszłam pobiegać po górkach na raptem 3 km, ale zawsze 🙂

Kolejne dni mijały mi na spacerkach z córeczką, jazdą na sankach i gotowaniem dla całej rodziny. A ponieważ było dosyć zimno to serwowałam trzy ciepłe posiłki dziennie i do tego drugie śniadanie oraz podwieczorek – w sumie jedliśmy praktycznie przez cały dzień 🙂

Tu można oddychać!

Powiem szczerze, że to przymusowe oderwanie od internetu było mi bardzo potrzebne. Nie mieliśmy też telewizji, więc nasłuchiwaliśmy jedynie radia – jak ludzie w czasach II wojny światowej. Co powiedzą i jaka jest teraz sytuacja? Czy wprowadzono nowe obostrzenia?

Po ok. tygodniu musiałam wrócić do miasta, by pracować i załatwić pewne sprawy. Przyjazd po tych kilku dniach pokazał mi kontrast i zmiany jakie zaistniały w tym czasie. Ulice jeszcze bardziej puste i ogólny strach. W sklepie zobaczyłam znajomą, ona w maseczce i rękawiczkach, udała że mnie nie widzi – bo jak tu się odezwać, rozmawiać – a może ktoś na mnie zakaszle…? Ludzie na ulicach uciekają nawet wzrokiem – choć to nie zaraża 🙂

Pracuję zatem od rana do nocy, by móc wrócić do rodziny i na wieś…

>>>CZYTAJ DALEJ